Kamperem na Saharę
Wyprawa kamperem do Maroko 2023/24
Decyzję o podróży do Maroka podjęliśmy dość spontanicznie i choć już od jakiegoś czasu ten kierunek chodził nam po głowie to na przygotowania nie mieliśmy zbyt wiele czasu.
Plan na wyjazdu był prosty:
1. Dotrzeć do Maroko.
2. Wybrzeżem w kierunku Agadiru, po drodze zaliczając koniecznie Rabat, Marakesz i odwiedziny u naszych marokańskich przyjaciół.
3. Powrót w głębi kraju żeby zobaczyć trochę lokalnego życia.
Plan ani skomplikowany, ani dokładny, czyli idealny, bo w każdej chwili można go zmodyfikować. Na tym właśnie polega wolność podróżowania kamperem 🙂
Spakowaliśmy kampera – tu musimy przyznać, że z każdym wyjazdem idzie to sprawniej. Wypróbowane skrzynki, pojemniki itd. ułatwiają życie, ale przede wszystkim wiedza co zabrać albo raczej czego nie brać na wyjazd kamperem 🙂 znacznie upraszcza sprawę. Tym razem byliśmy mocno zaskoczeni jak dużo wolnego miejsca nam zostało choć z racji terminu grudzień/styczeń musieliśmy spakować się na 4 pory roku.
Przy pakowaniu niezmiennie sprawdza się zasada, że gdziekolwiek jedziesz na miejscu na pewno będą sklepy, szczególnie te z żywnością i napojami 😉
Co zabraliśmy z rzeczy nie oczywistych, których nie wzięlibyśmy na wyjazd kamperem np. do Chorwacji?
– Porządną linę holowniczą, lewarek, klucz do kół. Choć przed wyjazdem potwierdziliśmy w TU, że w Maroku działa nasz pakiet Assistance na kampera to jednak woleliśmy być nieco bardziej samowystarczalni.
– Baniaki na wodę 2x20L – te zabieramy zawsze z racji kempingowania na dziko.
– Słodycze i drobne zabawki dla napotkanych dzieci. Największą furorę zrobiły rozwijane piszczałki 🙂
– Packi na muchy! W ilości równej liczbie członków załogi + 2 zapasowe 🙂
Poza tym standardowe wyposażenie jak na każdy inny wyjazd.
Kamper spakowany, dzieci spakowane, ruszamy… Zdaliśmy się w 100% na Google Maps wpisując w nawigację pierwsze co nam przyszło do głowy czyli… Gibraltar 🙂
Wcześniej mieliśmy już ściągnięte mapy na telefon żeby nawigacja działała w trybie ofline. O tym warto pamiętać bo poza UE z dostępem do internetu może być różnie, o kosztach nie wspominając. Z Google Maps korzystamy na wszystkich naszych wyjazdach i to nam wystarcza choć w przypadku Maroka trzeba przyznać, że dokładność i poprawność prowadzenia pozostawia wiele do życzenia, ale o tym jeszcze wspomnimy.
Tranzyt do Maroko
W kierunku Hiszpanii trasa jest dziecinnie prosta. Ruszając z Warszawy jedziemy autostradą od domu niemal do wjazdu na prom.
Skoro jesteśmy przy tranzycie mamy tu kilka cennych rad:
1. Często pytacie o omijanie autostrad płatnych we Francji. Jeśli nie zwiedzacie nic po drodze to w naszej ocenie zdecydowanie nie warto omijać. Co prawda koszt przejazdu w obie strony autostradą we Francji wyniósł ok 1100zł jednak alternatywą jest jazda 50/70/80 km/h, setki rond i masa fotoradarów, które cykają pamiątkowe fotki przy najmniejszym przekroczeniu prędkości. Do tego koszty takiego zdjęcia wielokrotnie wyższe nić selfie z misiem chytruskiem na Krupówkach 🙂
2. Tankowanie na autostradach. Wiadomo, na autostradzie zawsze drożej. O ile w PL różnica to 30-50gr to w Niemczech i Francji różnica sięga 50 Euro centów, a to już ponad 2zł na każdym litrze. Sporo, szczególnie, że wystarczy zjechać 3-5km żeby zatankować w normalnej cenie. Zaznaczając w Google Maps pokazywanie stacji benzynowych możecie zawczasu zaplanować zjazd i tankowanie i to w najlepszej cenie bo obok ikonki stacji jest również aktualna cena paliwa 🙂
3. Noclegi w trasie. Choć zjechaliśmy całe, Bałkany, Turcję, a teraz Maroko zawsze nocując na dziko lub w tranzycie na stacjach benzynowych zdecydowanie odradzamy takich praktyk u naszych zachodnich sąsiadów, a w szczególności we Francji ze względu na liczne kradzieże i inne przykre historie. Zaplanujcie nocleg wcześniej na kempingu lub kamper parku lecz tu też czytajcie opinie. We Francji mieliśmy problem ze znalezieniem kamper parku, który nie miał licznych ostrzeżeń przed kradzieżami.
W połowie grudnia pogoda nie rozpieszcza dlatego jadąc w poszukiwaniu słońca pierwszy sensowny postój i spacer na rozprostowanie nóg zrobiliśmy w Maladze. Ponieważ spędziliśmy tu zaledwie kilka godzin przewodnika nie napiszemy jednak Malagę warto odwiedzić choćby dla widoku dziesiątek papug spacerujących po deptaku jak gołębie na starówkach.
Prom do Afryki
Ciężko było nam określić datę dotarcia do promu, więc nie rezerwowaliśmy nic z wyprzedzeniem. Mimo, że zazwyczaj w podróży nie kierujemy się przewodnikami i opiniami innych to jednak w tym przypadku postanowiliśmy nie odkrywać na nowo koła i zajrzeliśmy do internetów by zasięgnąć informacji. Korzystając z doświadczeń innej ekipy wybraliśmy prom Algeciras –> Ceuta. Prom płynie 1h, a ponieważ Ceuta to hiszpańskie miasteczko na kontynencie afrykańskim to i kwestie formalne są dużo sprawniejsze.
W kwestii promu również mamy dla Was kilka uwag:
1. Przez internet nie ma możliwości wykupienia biletu z “otwartą” datą powrotu. To można wykupić jedynie w punkcie stacjonarnym.
2. Pilnujcie aby na bilecie było zaznaczone “Motorhome” lub “Caravan”. “Bus” nie wystarczy i będzie trochę nerwów i wyjaśniania… (sprawdzone) 🙂
3. Wjeżdżając i zjeżdżając z promu kamperem z dużym nawisem za tylną osią musicie bardzo uważać. Wjazd na rampę pod jak największym kątem, najwolniej jak się da. Nie ufajcie kierującym ruchem pokazującym że jest ok bo to wasz zderzak zahaczy o ziemię (też sprawdzone) 🙂
4. Promem może dość mocno bujać więc warto dokładnie zabezpieczyć wszystko co mamy w kamperze.
Ponieważ do Algeciras dojechaliśmy późnym wieczorem bilety kupiliśmy na rano. Zastanawialiśmy się gdzie przenocować bo jak pisaliśmy wcześniej nasz plan nie przewidywał takich szczegółów 🙂 Okazało się, że mimo iż do promu ponad 12h nie ma problemu z wjazdem na teren portu. Stanęliśmy na uboczu parkingu w pobliżu nabrzeża, z którego odpływał nasz prom i bez żadnych przeszkód spędziliśmy noc w chyba najlepiej strzeżonej miejscówce jaką kiedykolwiek mieliśmy 🙂 Rano już tylko śniadanie, kawa i byliśmy pierwsi w kolejce do Afryki 🙂
Tutaj macie pinezkę do miejsca gdzie kupowaliśmy bilety. Przy okazji 5* za obsługę. Wpadliśmy kilka minut przed zamknięciem, a Pan ze stoickim spokojem poświęcił nam tyle czasu ile było trzeba.
Ceuta - skrawek Europy w Afryce
Z promu do granicy marokańskiej jest nie więcej niż 5 minut jazdy. Odprawa zajęła ok 45min. Wymagane dokumenty: paszporty, dowód rejestracyjny i zielona karta. Na wjeździe dostaliśmy karteczkę której kazano nam pilnować ponieważ jest niezbędna do wyjazdu z Maroka.
Kontrola nieco bardziej szczegółowa niż zazwyczaj ale bez przesady. Rzut oka do środka, do bagażnika, opukanie butli z gazem i tyle.
Jak tylko przekroczyliśmy granicę Maroka i wjechaliśmy do pierwszego miasteczka czekali na nas nasi marokańscy przyjaciele. Choć planowaliśmy do nich zajechać w trakcie przemierzania tego wspaniałego kraju to tradycyjna marokańska gościnność i opiekuńczość przywitała nas już w progu… Maroka 🙂
Trudno wymarzyć sobie lepsze wrażenie po wjeździe do obcego kraju. Tym bardziej, że od razu zostaliśmy zaproszeni na prawdziwą ucztę z owoców morza i całej masy lokalnych rarytasów.
Po tak wspaniałym powitaniu zostaliśmy eskortowani do ich domu w Rabacie z pełną dbałością o warte zobaczenia zapierające dech w piersiach widoki po drodze.
Tak więc w pierwsze 2 dni w Maroku spotkaliśmy przyjaciół, zobaczyliśmy jak żyją lokalnie, poznaliśmy ich całą wielopokoleniową rodzinę, spróbowaliśmy całej masy lokalnych przysmaków, a zwieńczeniem było zwiedzanie Rabatu z najlepszym przewodnikiem jakiego moglibyśmy sobie wymarzyć.
O zwiedzaniu Rabatu jeszcze napiszemy osobno. Teraz powiemy tylko tyle, że jeśli ktoś Wam mówi że w Rabacie nie ma nic specjalnego to oznacza to jedynie tyle, że miał kiepskiego przewodnika 🙂
Po wyjeździe z Rabatu nadszedł czas na podróż wzdłuż wybrzeża – to co najbardziej lubimy. Od plaży do plaży. Bez planu, bez pośpiechu. Trzeba przyznać, że w Maroku nie jest łatwo o super miejscówkę na plaży, choć nie bylibyśmy sobą gdybyśmy kilku takich nie znaleźli :))
Plaże są ogromne, szerokie, długie i piaszczyste. Na próżno szukać tu cichych zatoczek ze spokojną wodą jak to nad oceanem, za to przez fale naskakaliśmy się ile dusza zapragnie. Wybrzeżem dojechaliśmy do Safi, a następnie skierowaliśmy się w głąb lądu do Marakeszu.
Do Marakeszu dojechaliśmy ok. 22:00 – to miasto tętni życiem całą dobę. Zatrzymaliśmy się na parkingu w centrum miasta z wydzieloną częścią dla kamperów. Bezpieczny, otoczony murem, z ochroną – idealne miejsce na pozostawienie kampera i zwiedzanie tym bardziej, że do rynku było raptem 5 minut spacerem.
Tu znów czekali na nas Zineb i Taha z dziećmi. Kilka godzin jazdy autem z Rabatu? To żaden kłopot, nie ma o czym mówić – pokażemy wam też Marakesz 🙂 Po prostu cudowni 🙂
Na zwiedzaniu Marakeszu zeszło nam ponad 12 bardzo intensywnych godzin. Tak, były węże, małpy, pyszne jedzenie, stragany z różnościami, suk, zamek i inne zabytki ale też… karpie, nie takie na Wigilię 🙂 Więcej o Marakeszu w osobnym wpisie już niebawem.
Z Marakeszu skierowaliśmy się od razu do Agadiru, który miał być naszym najdalszym punktem podróży… Miał być dopóki Taha nie opowiedział nam o Mahamid 🙂
W Agadirze, a dokładniej 20km na północ od Agadiru był nasz jedyny dokładniej zaplanowany punkt podróży. Rajd konny wzdłuż oceanu. Pozdrawiamy Agnieszkę, polkę organizującą takie imprezy w Maroku.
Koło Agadiru zastała nas też Wigilia. A jak Wigilia to i kolacja wigilijna. Ten wieczór będziemy długo wspominać. Stół wigilijny na plaży nad brzegiem oceanu. Szum fal, blask zachodzącego słońca. Menu mocno innowacyjne: były mule zebrane własnoręcznie i grilowana na plaży ryba ale nie zabrakło też pierogów z kapustą, barszczu czerwonego oraz sałatki jarzynowej.
Był też wolny talerz dla niespodziewanego gościa i… po raz pierwszy się przydał 🙂 Pod koniec kolacji podszedł do nas Marokańczyk. Nie należy oceniać po wyglądzie ale raczej niezbyt majętny. Zapytał czy może dostać coś do jedzenia. Zaprosiliśmy go do stołu. Talerz był gotowy 🙂 Trudno powiedzieć kto był bardziej zaskoczony. My jego wizytą czy on zaproszeniem do stołu. Był mocno onieśmielony ale też zauważalnie bardzo głodny. Kiedy już się najadł zapytał nieśmiało czy może zabrać coś dla rodziny, dla dzieci. Zapakowaliśmy mu wszystko co zostało na stole plus pieczywo i napoje. Nigdy, żadne świąteczne prezenty nie dały nam tyle radości i zadowolenia co wizyta tego człowieka. Wbrew pozorom to spotkanie dało dużo więcej nam niż jemu. Reszta wieczoru upłynęła na tropieniu na plaży reniferów i otwieraniu prezentów, które w tym czasie podrzucił nam Mikołaj 😉
Kolejne 2 świąteczne dni minęły nam na plażowaniu, kąpielach w oceanie i odganianiu ciekawskich wielbłądów, które po prostu chodziły sobie wszędzie jak bezpańskie psy – czasem pojedynczo a czasem w grupach 🙂
W końcu przyszedł czas na pożegnanie z Atlantykiem i drugi etap naszej podróży po Maroku. Przed nami przeprawa przez Atlas. Wbrew oczekiwaniom i ostrzeżeniom droga nie była bardzo wymagająca. Kręta jak to w górach ale bez przesady. Nie było też dużych podjazdów. Wszystko rozłożyło się równomiernie na odcinku 600km Agadir–>Mahamid.
Dlaczego Mahamid? Polecenie naszego marokańskiego przyjaciela. Jak powiedział Taha – Mahamid to najdalej wysunięte miejsce Maroka w głąb Sahary. Nazywane przez miejscowych “Wrotami Sahary”.
W połowie miasteczka Mahamid kończy się asfalt i dalej już tylko droga szutrowa. Później już tylko piaskowa, a w końcu po paru kilometrach tylko piasek z wyjeżdżonymi przez auta terenowe śladami. To właśnie tam podjęliśmy decyzję, że po traktor juz strasznie daleko i pora odpuścić 🙂 Wokół nas tylko piaskowe wydmy, w oddali za nami pojedyncze palmy i nic więcej. Tylko wszechobecny piasek i żar lejący się z nieba. A po środku tego wszystkiego nasza 8-metrowa półintegra z napędem na przód :))
Choć mieliśmy ogromną pokusę zostać na noc po środku tej wielkiej pustki to jednak wszechobecny piasek, który po zabawach na wydmach mieliśmy dosłownie wszędzie skłonił nas do poszukiwania prysznica z nieograniczoną ilością wody. W ten sposób dotarliśmy na pobliski kemping, który okazał się strzałem w 10! Doba kosztowała nas w przeliczeniu 30zł. Kamper, 2+2,wszystkie media, a w tej cenie nocą ognisko na pustyni! Ognisko, które okazało się międzynarodowym, lokalnym wydarzeniem. Była Holenderka, która podróżowała samotnie swoim vanem, był Niemiec podróżujący motocyklem z namiotem, był Marokańczyk, no i my z dzieciakami. Międzynarodowa biesiada przy ognisku w muzułmańskim kraju przy paczce kiełbasy śląskiej przywiezionej z Polski :)) Jedno z tych niepozornych zdarzeń, które na długo pozostaną w naszej pamięci.
To już był zdecydowanie najdalszy punkt naszej podróży do Maroka. 5000 kilometrów od domu żeby zjeść śląską przy ognisku 🙂 Opłaca się? Można dyskutować. Czy warto? ZDECYDOWANIE!
Dalej już tylko powrót do Polski. Jechaliśmy leniwie przez Maroko. Chyba największymi dziurami jakie Google Maps mógł wymyślić. To też była niezapomniana przygoda. Widoki jak żywcem wzięte z filmów o Iraku (tak na marginesie większość filmów o Iraku kręcona jest właśnie w Maroku). Małe wioseczki w całości zbudowane z gliny, lokalne knajpki w których stawaliśmy na posiłki i co niewiarygodne regularny wielbłądzi i osiołkowy transport 🙂
W drodze powrotnej na prom zajechaliśmy jeszcze do Ifran. Miejsce znane z małp ale też swojej europejskości. Iglaki, śnieg i architektura jak w Europie. Można by się pomylić. Dobra zaprawa na drogę powrotną bo już niebawem wracając mieliśmy śnieżycę i minus 16st. C.
Nasza wyprawa kamperem do Maroka trwała ponad 3 tygodnie, 10000 kilometrów trasy, z czego blisko 3000 kilometrów po samym Maroko. Dzięki temu, że byliśmy kamperem nic nas nie ograniczało, mogliśmy zostać tam gdzie chcieliśmy i jak długo chcieliśmy. Mogliśmy poczuć lokalną kulturę obcując z mieszkańcami w ich codzienności a nie tylko w turystycznych kurortach. Marokańczycy są bardzo gościnni i wręcz opiekuńczy jeśli chodzi o przyjezdnych. Wszędzie czuliśmy się dobrze i mile widziani.





