Kamperem do Turcji

Kamperem do Turcji


Wyjazd kamperem do Turcji od jakiegoś czasu chodził nam po głowie jako sposób na deszczową i chłodną jesień w Polsce. Turcja nie należy do oczywistych destynacji caravaningowych i chyba to ostatecznie najbardziej skłoniło nas do wyjazdu w tym kierunku. Z jednej strony wystarczająco blisko, żeby nie jechać tydzień w jedną stronę, a z drugiej zupełnie inaczej i bardziej egzotycznie niż w Europie. No i wyprawa na inny kontynent jakby nie było 🙂

Mieliśmy z góry zaplanowaną trasę i ogólną wizję na temat całego pobytu w Turcji. Ale plany jak to plany…. Przede wszystkim w Turcji w zasadzie jest mało kempingów dla kamperów. O ile na hasło „camping” Google podrzuca pełno miejscówek i to nawet w dużym zagęszczeniu w nadmorskim miejscowościach o tyle rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Zazwyczaj są to miejsca przystosowane stricte dla namiotów – stromy zjazd i gałęzie drzewek oliwnych uniemożliwiają wjazd standardowym kamperem. Trzeba się sporo naszukać, żeby znaleźć odpowiedni kemping.

Jadąc do Turcji dobrze jest przygotować się do nocowania na dziko

Panel solarny i przetwornica to według nas absolutny must-have na wyprawę kamperem do Turcji.

Miejsca, w których staliśmy na noc lub dłużej znajdowaliśmy głównie przez aplikację park4night. Oprócz danych GPS i zdjęć można tam znaleźć też informację, jak wygląda droga dojazdowa i czy da się wjechać dużym kamperem. To bardzo użyteczne, gdy trzeba manewrować ponad 7-mio metrowym autem. Fajnych miejscówek można też szukać bezpośrednio na mapie satelitarnej Google lub z czystego przypadku jadąc po prostu przed siebie wzdłuż wybrzeża. Trafialiśmy miejsca iście nieziemskie ale i takie, w których po północy zbierała się okoliczna młodzież na całonocną imprezę. Tymi najlepszymi podzielimy się z Wami w kolejnym poście.

W niektórych miejscach było bardzo dużo lokalnych obozowiczów a w innych byliśmy zupełnie sami.

Turcy bardzo lubią biwakować

Większe kampery to raczej rzadkość. Dominują tu vany i off-roadowe 4×4 z namiotem na dachu. Gdzieniegdzie można było zobaczyć lekko zachodzące rdzą busy i vany przerobione na stacjonarne miejsca zamieszkania. Ludzie, mieszkający tam byli zawsze bardzo przyjaźnie nastawieni i chętni do rozmowy. Na ich twarzach zawsze gościł naturalny uśmiech i taki totalny chillout, który i nam się udzielał.

Oprócz vanów ogromną popularnością cieszą się tu namioty i spanie pod gołym niebem. Zdarzało się nawet tak, że późnym wieczorem przyjeżdżało auto. Na szybko rozbijany był namiot, jakieś małe ognisko a rano po śniadaniu pakowane i odjazd. Tak samo potrafili przyjechać z rana na śniadanie w plenerze. Taki szybki wypad za miasto. Obóz na dziko to w Turcji standard. Do tego lokalsi chętnie się przywitają i zagają rozmowę. Muszę przyznać, że wszędzie czuliśmy się naprawdę bezpiecznie. Co najmniej jak na kempingu.

Dodatkowo za kawałek kiełbasy można sobie zapewnić „ochronę” i sympatyczne towarzystwo jednego lub całej watahy lokalnych pupili

W Turcji na każdym kroku można spotkać oswojone, swobodnie żyjące psy i koty

Psy są raczej duże i na pierwszy rzut oka można by mieć obawy czy przypadkiem nie odezwie się w nich dzika natura, ale ani razu nie spotkaliśmy się z sytuacją jakiegokolwiek zagrożenia z ich strony. Jeśli nie zwraca się na nie uwagi to one też traktują cię jak powietrze. Jeśli zdecydujesz się dać im jakąś małą przekąskę to na pewno zwrócisz ich uwagę, ale nie są ani trochę nachalne. Zachowują się jakby były dobrze wytresowane. Cierpliwie czekają na swoją kolej i nawet reagują na różne komendy. Musze przyznać, że wiele kanapowców, które znam nie jest tak dobrze wychowanych jak te tureckie „dzikusy”. Wielu mieszkańców karmi dzikie psy i koty, a te doskonale wiedzą już gdzie i kiedy należy być aby napełnić brzuch. Nikt ich nie wyłapuje, nie przegania. Żyją sobie swoim pieskim i kocim życiem i są naprawdę beztroskie. Widać, że są zadowolone ze swojego losu. Wspomnieć należy też o tym, że koty i psy żyją tu w pełnej symbiozie.

Drogi są fantastyczne

Autostrady (Otoyol) mają po trzy, a ekspresówki po dwa pasy w każdą stronę. Nawet większość tych darmowych odcinków jest w świetnym stanie. Szerokie, z gładkim asfaltem. Co kawałek zlokalizowane są stacje benzynowe, co było miłą odmianą po Rumiunii, gdzie czasem przez 150km nie było gdzie nalać paliwa. Na stacji benzynowej można też zrobić całkowity serwis kampera. Toalety najczęściej znajdują się na zewnątrz poza głównym budynkiem, więc można spokojnie „wyprowadzić kota”, szarą wodę można spuścić do kratki przy myjni, która notabene zawsze jest na stacji benzynowej. W tym samym miejscu zazwyczaj znajduje się kranik, z którego można zatankować czystą wodę do kampera.

Aby poruszać się po tureckich drogach trzeba wykupić na poczcie tzw. HGS (Hızlı Geçiş Sistemi). Dostajemy naklejkę na przednią szybę z kodem, z którego na bramkach i autostradach sczytywane są dane naszego pojazdu. Ta formalność kosztuje standardowo 100 lir tureckich (ok. 50zł), z czego 12,50 jest za samą naklejkę, a reszta do wykorzystania na przejazdy. Jest to o wiele mniej skomplikowane niż się wydaje. Placówki pocztowe PTT mają wyróżniający się z daleka żółty szyld, więc łatwo je znaleźć. Na hasło HGS zostaliśmy skierowani do konkretnego okienka, gdzie miła Pani na podstawie dokumentu tożsamości i dowodu rejestracyjnego auta uzupełniła system, skasowała należność i wydała odpowiednią naklejkę.

Na drogach są oznaczenia w którym momencie wjeżdżamy na odcinek płatny. Są bramki, co niektóre ze szlabanami i z automatami do pobrania biletu. Gdy przejeżdżasz kamera sczytuje dane pojazdu i wyświetlacz pokazuje pobraną opłatę. Jeśli na naszym koncie HGS jest niewystarczająca ilość lirów to można zapłacić na miejscu w budce jak na naszych standardowych bramkach autostradowych. HGS można też doładować w każdej placówce pocztowej i na oznaczonych stacjach Shell, ale nie jest to konieczne.

Warto wiedzieć

Kamper to kategoria 2. Warto mieć ze sobą na telefonie zdjęcie pojazdu, żeby bez problemu wytłumaczyć o jaką kategorię chodzi.

“Yavaş,Yavaş“, czyli bez pośpiechu. Tureckie słówka i zwyczaje

O tym, że ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni i uprzejmi już pisałam. Aż chce się z nimi być i wysilić ręce, nogi i mięśnie twarzy aby nawiązać choćby krótką konwersację.

Podstawowe zwroty, które znać wręcz należy to:

Merhaba – odpowiednik angielskiego „Hello”
Tesekkur ederim – Dziękuję
Ne kadar? – Ile to kosztuje
Evet – tak
Hayir – nie, jest jeszcze określenie „yok”, które też oznacza nie, ale również, że czegoś nie ma, np. para yok oznacza nie mam pieniędzy

Resztę da się załatwić gestami i mimiką, chociaż można się przy tym napocić. Ale spokojnie, nikomu nigdzie się nie spieszy i na wszystko jest czas. Wszystko robi się powoli, bez pośpiechu, na totalnym luzie. Nikt się nigdzie nie spieszy. Szczególnie odpowiadało nam to przy posiłkach. W Polsce, czy to z nawału obowiązków, czy innych rzeczy do zrobienia siadamy do stołu, raz, dwa zjadamy i każdy wraca do swoich spraw. W Turcji jedzenie się niemalże celebruje. Na obiad u Turków trzeba sobie zarezerwować kilka godzin. Standardem na początek jest stół pełen przystawek. Czasem osobno płatny, a często wliczony w cenę dania głównego. Zawsze znajdziemy bakłażana smażonego z pomidorami, duszoną cukinię, ostre jak diabli papryczki, marynowane warzywa (burak, bakłażan, cukinia), hummus, sałatę z pomidorami, ogórkami i cebulą skropioną lokalną oliwą z oliwek, a wszystko z dodatkiem dużej ilości jogurtu i Ayran (jogurt do picia). Jak spróbujemy wszystkich tych pyszności to w zasadzie ma się wrażenie, że już po obiedzie. A danie główne wciąż dopiero przed nami. Po przegrupowaniu talerzy i półmisków na stół wjeżdżają mięsa, ryby i owoce morza. Uczta dla oka, nosa i podniebienia. Tureckie potrawy są mocno przyprawione, ale nie są za ostre. Mają charakterystyczną gamę smaków i zapachów, która nam osobiście bardzo pasuje. Wiadomo, że nie uraczymy tam wieprzowiny, ale przy jagnięcych combrach, kofte z wołowiny i prawdziwym kebap’ie z baraniny wcale nam jej nie brakowało. Desery tureckie też zdecydowanie różnią się od naszych, bo ociekają wręcz słodyczą, a dokładnie miodem i płynnym cukrem.

Herbata, czyli Çay to podstawowy napój w Turcji. Niezależnie od temperatury szklanka gorącej herbaty jest zawsze na miejscu. Przy herbacie się dyskutuje, gra w tryktraka czy czyta gazety. Żadne spotkanie nie może się obyć bez herbaty.

 

Co jeszcze warto wiedzieć?

Internet

Największą popularnością i jednocześnie najlepszym zasięgiem może pochwalić się sieć Turkcell. Karty SIM są rejestrowane, więc trzeba udać się do placówki Turkcell, gdzie na podstawie dowodu tożsamości i krótkiego formularza dostajemy kartę SIM z 20 GB za 120 lir tureckich. Trzeba odczekać ok 1 godziny na aktywację, ale poza tym nie trzeba nic więcej robić. Naszym sprawdzonym sposobem na internet w podróży jest włożenie takiej karty bezpośrednio do routera bezprzewodowego, dzięki któremu mamy sieć w każdym urządzeniu w pobliżu. Taki router można mieć zawsze ze sobą w kieszeni. W razie gdyby internet nieoczekiwanie się wyczerpał z uwagi na niekontrolowane, radosne wykorzystywanie go do ściągania gier i filmów przez pociechy, to w każdej chwili można go doładować przez stronę internetową. Niestety strona Turkcell nie chciała zaakceptować płatności polską kartą Visa, więc skorzystaliśmy z pośrednika, któremu trzeba niestety zapłacić prowizję. Ale najważniejsze, że się da. Potem tablet miał już wyłączoną funkcję WiFi, a my nie mieliśmy konieczności dalszego doładowywania konta.

Waluta

Kurs liry tureckiej w czasie naszego pobytu wynosił 1lira = 0,46 zł

O ile ceny produktów spożywczych były podobne do cen w Polsce, o tyle na przykład litr paliwa kosztował od 5,24 do 6,2 lir tureckich. Dzięki czemu samo podróżowanie po kraju jest naprawdę ekonomiczne.

Inne ciekawe teksty